Układanka Karin Slaughter wydawnictwo Harper Collins recenzja

Rodzice – jacy by nie byli – na ogół wydają się nam bardzo zwyczajni. Czasem ich sukces przytłacza, kiedy indziej inspirują, bywa, że są antywzorem. Tak czy owak żyjemy w przekonaniu, że znamy ich na wylot. Ale życie (i oni sami) mogą bardzo zaskoczyć.

Kim byli rodzice przed nami? Myślę, że generalnie rzadko zadajemy sobie i im to pytanie. W świadomości dziecka (i w ogóle – choć w nieco innym sensie) rodzic zaczyna się z chwilą jego przyjścia na świat. Nasze najwcześniejsze wspomnienia: plac zabaw, pływalnia albo rodzinny obiad to młodsza wersja rodziców jakich znamy: mniej lub bardziej „uczesanych i przezornych”.  Im bardziej dorastamy tym bardziej musimy mierzyć się z ich obrazem. Bywają tak doskonali, że poprzeczka wydaje się ustawiona ponad chmurami lub tak niedoskonali, że trudno nam uwierzyć w rzeczywiste pokrewieństwo. A często jedno i drugie na raz.

A przecież przed nami nasi rodzice przeżyli ileś tam lat, większość zresztą oddzielnie.  Kim byli? Co było dla nich ważne, co kochali, czego nienawidzili, jakimi byli uczniami, studentami, przyjaciółmi, kochankami? Jakie błędy popełnili? Na jakie manowce zawiodło ich życie?  Gdy zaczynamy być tego ciekawi dostajemy w odpowiedzi mocno ocenzurowany obrazek. Gdy już możemy dowiedzieć się prawdy często już jej nie chcemy.

Znamy się tylko z widzenia

Andrea, bohaterka powieści „Układanka” Karin Slaughter, gdy siada z matką do restauracyjnego stolika, by odbyć coroczny urodzinowy lunch, ma 31 lat i poczucie porażki. Rak matki sprawił, że z ulgą zrezygnowała z podbijania świata w Nowym Jorku, które było tak naprawdę codzienną walką o przetrwanie. Pracuje jako dyspozytorka na policji, mieszka nad garażem matki. Nie chodzi na randki, nie uprawia hobby i dzień po dniu zmaga się z uczuciem, że życie utknęło w martwym punkcie.

Co innego rodzice: Laura -ceniona i lubiana logopedka, Gordon – ojciec nad ojcami- prawnik doradzający funduszom inwestycyjnym. I z minuty na minutę, gdy do restauracji wpada szaleniec z bronią, między zupą, a drugim daniem Andy ląduje na zupełnie innej planecie.  Kobieta, o której jak sądzi, wiedziała wszystko robi coś czego nikt, a już Andrea zwłaszcza, się nie spodziewa.

Dokąd jedzie rollercoaster?

Wydarzenia, które potem następują przypominają jazdę na górskiej kolejce. Dziwni ludzie, dziwne zbiegi okoliczności, wszystko jest tajemnicze, wszystko jest groźne. Nie wiadomo kto jest wrogiem, kto przyjacielem. Jest przerażająco. Ale nie ma jak wysiąść.

Na tym jednak nie koniec. Układanka rozgrywa się jeszcze na jednym planie. Tamte wydarzenia, odległe w czasie o kilkadziesiąt lat wydają się niezwiązane z atakiem psychopaty. Tym co je łączy jest podobna dawka przemocy.

Czy związek istnieje? Krok po kroku, w wielkim napięciu, bo jeden zwrot akcji goni kolejny, razem z Andreą układamy rozsypane puzzle. Co miała na myśli Laura mówiąc, że Andrea jest silniejsza niż sądzi? Czy to matczyna intuicja sprawiała, że znała jej słabości na wylot? Kim jest Laura? Kim jest Andrea? Droga do odpowiedzi nie jest prosta. A i sama odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ale warto do niej dotrzeć, bo to frapująca droga. I czy naprawdę nie można ufać nikomu? Nawet własnej matce?

Karin Slaugter, „Układanka”, tłum. Dorota Stadnik, Wyd. HarperCollins Polska, Warszawa 2018

Moja ocena to 8/10

A Wy jak oceniacie tę książkę?

Nawet matce nie ufaj. „Układanka” Karin Slaughter
8 (80%) 1 vote

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*